...czyli o pionie, a nawet bardziej.
Wpisy
Biblioteka to magiczne miejsce. Jak wiadomo, bibliotekarz to ten, który co najmniej raz w tygodniu ratuje świat przed zagładą, a wygląda przy tym tak. Bibliotekarki zaś wiedzą wszystko o wszystkim i ze skromnym uśmiechem otwierają przed nami świat literatury...
To zabawne, jak po tylu nieudanych podejściach "Jugant amb foc" (7a) wydaje się być drogą na poziomie jakiegoś 6a, może 6b, aż do ostatniego przewieszenia. Tam to właśnie, w ciągu zaledwie pięciu ruchów tracę wszystkie siły i do kruksowych krawądek dochodzę telegrafując całemu światu: "Elvis left the building!" Efekt jest dość oczywisty - już chwilę potem dyndam spokojnie pod przelotem.
Z głębokim poczuciem wstydu muszę przyznać, że dotychczas nie przeczytałem żadnej książki Kapuścińskiego. Od szkoły średniej często był gdzieś tam w zasięgu wzroku: a to ktoś polecał, a to ktoś inny miał całą półkę, w Trójce całą audycję poświęcili. No, naprawdę wstyd, żeby dorosły człowiek mający się za (w miarę) wykształconego mógł tylko powiedzieć, że "wielkimpoetombył".
Moja żona mnie kocha. Tak naprawdę i bezwarunkowo. Do tego stopnia, że nawet zgodziła się podwiesić mi ekspresy na naszym najnowszym projekcie. Czyli sama rezygnuje z poprowadzenia tej drogi po raz pierwszy, bo z doświadczenia wiemy, że sił nam starcza na jedną sensowną próbę dziennie.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten znak, to właściwie go nie zarejestrowałem. Dopiero po kilku powtórzeniach zaczęło do mnie docierać... co to właściwie ma znaczyć? Że niby pasy na drodze są tylko tak orientacyjnie namalowane? Czy mogą sobie skręcić w pole, a droga dalej prosto? Albo na odwrót? Dobrze przynajmniej, że nie trafiła mi się wersja baskijska, bo bym chyba zupełnie zgłupiał.
Staram się, naprawdę się staram. Chłopaki z dołu porzykują, ze trzeba haczyć, że przecież dziura aż czarna od gumy, a mnie to nijak nie wychodzi. Co się naprężę, to tracę równowagę i dopiero skonstatowanie, że muszę haczyć z niskiego podchwytu, przez co cały ruch nieco przypomina dry-toolingową czwórkę, daje szanse na rozwiązanie problemu. "Dajesz do klamy!" No to daję... klama jest, aż w euforii nie zauważam, że mi się odezwał kręgosłup, i chroniczna kontuzja łokci.
Tego dnia umówiłem się z Joopem i Wauterem na cotygodniowe wspinanie w Bergschenhoek. Rozgrzewkowo zaczęliśmy jak zwykle na dwuwyciągowej 5a, którą wszyscy znaliśmy już właściwie na pamięć. Tylko tego dnia coś mi pamięć niedomagała. Na pierwszym wyciągu zbułowałem się niemiłosiernie, na na szczycie betonowego kolosa stanąłem kompletnie wykończony i po kilku blokach. Joop spojrzał na mnie zapytał czy jestem chory, czy co... wysiliłem się na żart, że to pewnie przez jarskie żarcie jakie dziś miałem na obiad.
Od pięciu lat jeżdżę latem do Rodellar i jak dotychczas przytrafiło mi się może z sześć dni kiedy padał deszcz... z tego cztery w ciągu czterech weekendowych dni aktualnego sezonu. Na szczęście, padający deszcz to tylko letnie burze, które koncentrują się w okolicach południa i wymuszają siestę pod jakimś okapem. A okapów tu nie brak.
Siedziałem sobie spokojnie na materacyku, odpoczywając po moim pierwszym 6A w bulderkąciku SPDH. Aż tu nagle podeszła do mnie Mariolein i zaproponowała, że skoro tak dobrze mi idzie, to może mi pokazać kilka babskich problemów. Tak na rozgrzewkę na przyszłość...
Tego dnia nie zrobiłem żadnego z nich, a zakwasy w mięśniach dręczyły mnie przez następne kilka nocy. Frazę "meisjesbulder" zdarzyło mi się usłyszeć jeszcze kilka razy w życiu i za każdym razem oznaczało to poważny wysiłek i głażenie na granicy moich możliwości.